Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filzofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filzofia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 sierpnia 2008

Rozkosze "sztucznej" miłości albo filzoficzny monolog na tematy ważne

Skoro wyjaśniłam już fundamentalną kwestie sensu życia, to w spokoju i z rozkoszą mogę oddać się rozważaniom na inne, stanowczo bardziej przyziemne, acz jakże ciekawe kwestie.

Rozmowa ze starym znajomym po raz wtóry skierowała moje myśli na ścieżki problemów dnia codziennego i wszystkich obszarów jej podległych. Problem stary jak świat, miłość i partnerstwo jako ciężki orzech do zgryzienia a co dopiero do skonsumowania. A gdyby tak swoja partnerkę/partnera zamienić w przyszłości na schludnego, elokwentnego robocika? Skoro nowobogaccy i niepozbawieni fantazji bracia z Japonii mają "blaszane" pupile to dlaczego by tak nie odddać się miłosnym uniesieniom z robotem? Zdawać by się mogło, że taki związek niósł by z sobą same korzyści, wyobraźcie sobie tylko - doskonale uformowana "robotka" zaprogramowana tak, aby nieść wam radość i rozkosz. David Levy, amerykański szachista, z zamiłowania badacz Sztucznej Inteligencji, w swojej niedawno wydanej książce „Love + Sex with Robots: The evolution of Human-Robot Relationships” stawia śmiałe tezy na temat stosunków, jakie zapoczątkowane zostaną między ludźmi i robotami w ciągu najbliższych czterdziestu lat. Levy jest przekonany, że seks z takim robotem będzie możliwy już za kilka lat. Argumentuje to, przekonując, że w końcu już dziś można kupić realistyczne sekslalki a japońska firma Axis za 7 tys. dolarów sprzedaje seksboty, które do złudzenia przypominają kobiety. Zdaniem Levy’ego w podobne wynalazki wystarczy wmontować nieco zmyślnej elektroniki i sprawa załatwiona.

Podejrzewam, że niektórzy czytający mój tekst są już bardzo rozmarzeni i gotowi do ewentualnego zakupu takiego "partnera". Porzućcie swoje marzenia! Wszem i wobec oświadczam (a wiem co mówię), że w ciągu dłuuugich najbliższych lat będzie to absolutnie niemożliwe. Dlaczego? Problem zasadza się na kwestii komunikacji i świadomości. Jeśli poznacie jakiegoś niczego sobie robocika to na pewno chcielibyście zamienić z nim parę zdań, poflirtować itd. Zapewniam Was, że maszyna taka nie była by w stanie sensownie porozmawiać z Wami na większość tematów, mogłaby za to wykazać się imponującą ilością informacji posiadanych (zaprogramowanych, lub które sama zdobyła dzięki temu, że jej mózg zbudowany jest na zasadzie samouczących sie sieci) w swoim być może krzemowym mózgu. Myślę, że byłaby to dość sztywna konwersacja, a już bardzo prawdopodobne jest, że moglibyście (chyba słusznie) posądzić taką oblubienice o całkowity brak fantazji.

Drugim poważnym problem jest świadomość, którą my - ludzie posiadamy a krzemowe mózgi w stu procentach nie. Świadomość (za moim niekwestionowanym mentorem Johnem R.Searlem) można scharakteryzować jako jedyne w swoim rodzaju zjawisko wewnętrzne w którym jednostka zdaje sobie sprawę z własnych procesów myślowych. Możemy nazwać ją stanem psychicznym o charakterystycznej ontologii pierwszoosobowej (trudne słowo;)) i właściwościach nieredukowalnych (kolejne trudne słowo) do żadnego innego zjawiska. Naukowcy twierdzą, że świadomość jest dana tylko ludziom (tym samym chce uprzedzić wszystkie pytanie o posiadanie świadomości przez waszego psa, kota, legwana czy kurę). Według Searla to właśnie świadomość (która de facto, wg. niego jest skutkiem działania mózgu) jest tym co uniemożliwi skonstruowanie "sztucznego człowieka" mogącego np. zawierać związki małżeńskie z nami.

Przedstawiłam tu żenująco skąpe argumenty i taka też ilość wyjaśnień (pozwólcie, że popisowe intelektualne żonglerki na temat SI zawrę w swojej pracy magisterskiej, która traktuje właśnie o problemach i przyszłości SI), natomiast każdego zainteresowanego kwestia SI odsyłam do linków, które w tajemniczy sposób pojawiły się wczoraj na moim blogu oraz oczywiście do rozmów z samą autorką:) Dla wszystkich nieutulonych w żalu spowodowanym upadkiem marzeń dotyczących brakiem perspektyw na związek z idealnym, sztucznym partnerem na pocieszenie dodam, że rozwój nauki jest jak sprytny partyzant - ni tego ni z owego wyskakuje z czymś nowym i zupełnie zaskakującym. Nie traćcie więc nadziei, a w międzyczasie( by wypełnić jakoś czas oczekiwań na ta doniosłą chwilę) przytulcie ciepło i z miłością swojego partnera.

środa, 6 sierpnia 2008

Sens życia

Bezrobocie wbrew pozorom ma również swoje dobre strony,oprócz tego, ze można przesiedzieć cały dzień w domu, popadać w coraz większy nałóg tytoniowy, oglądać filmy i kontestować swoje obecne położenie na rynku pracy można również odnowić stare znajomości i przemyśleć kwestie dotyczące sensu życia.

Dzisiejsza rozmowa z moim znajomym skierowała moje myśli ku odwiecznemu i dość absurdalnemu pytaniu właśnie o sens życia.Jest to kwestia dość frapująca biorąc pod uwagę fatalne położenie człowieka we wszechświecie, ogólną sytuacje związaną z brakiem pewności co do ludzkiego pochodzenia oraz naszą skandaliczną krótkowiecznością.Gdy zreasumujemy wszystkie te czynniki nie można już mieć wątpliwości, że pytanie o sens życia, można nazwać retorycznym a w porywach nawet bezsensownym. Żenującym banałem będzie jeśli napiszę, że dla jednych sensem życia będzie miłość,dla innych praca,a dla innych wiara w cokolwiek co odsunie od nich pytanie o ów sens.Gdy zaczynam zastanawiać się nad tego typu niepotrzebnymi kwestiami nagle pojawia się nieodparta ochota obejrzenia po raz wtóry filmu o jakże niosącym nadzieje tytule "Sens życia wg.Monty Pythona".Dla (mam nadzieje nielicznych) niewtajemniczonych jeśli chodzi o twórczość angielskich komików(i jednego Amerykanina;)) przedstawiam upragnioną odpowiedź na odwieczne pytanie o sens istnienia -"To nic nadzwyczajnego:Bądź miły dla ludzi, nie obżeraj się, czytaj książki, chadzaj na spacery i próbuj żyć w zgodzie z ludźmi innych wyznań i narodowości”.Natomiast w filmie "Autostopem przez galaktykę"na Ostateczne Pytanie dotyczące Życia, uzyskujemy lapidarną odpowiedź-42. Myślę, że rozwiałam tym wszystkie nasze odwieczne wątpliwości dotyczące sensu życia.I po jakiego nam w tej sytuacji Martin Heidegger, jego pytanie "Dlaczego jest raczej coś niż nic?"i cały ten fenomenologiczny bałagan?