poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Krzyż Pański z telewizją

Długi weekend za nami, niektórzy spędzili ten czas z rodziną poza domem, inni grając w gry komputerowe próbowali odreagować stres powstały w wyniku pracy zawodowej a jeszcze inni "przesiedzieli" ten czas przed włączonym całą dobę teleodbiornikiem.

Ja również nie omieszkałam uruchomić na chwile naszego "okna na świat" i im dłużej wpatrywałam się w małe ludziki na szkle tym bardziej uporczywie powracało od dawna nurtujące mnie pytanie. Co jest z ta telewizją?!

Weźmy na przykład ultra komercyjną telewizję TVN. Program na dziś: "Detektywi", "W-11", "Sędzia Anna Maria Wesołowska"( opcjonalnie Sąd rodzinny) oprócz tego masa seriali i wieczorem film, późną nocą powtórki programów, które de facto ciągną się do południa. Zdawać by się mogło, że jest to ciąg ogłupiających programów, które nie zainteresują odbiorcy mającego zaczątek własnego życia wewnętrznego. A jednak miliony ludzi czeka na nowy odcinek tzw court show, czy spróbowania wraz z detektywem Friedkiem rozwikłania tajemniczej sprawy zaginięcia telefonu komórkowego. Dlaczego? Jak to jest z ta telewizją? Czy programy proponowane nam przez stacje są tak nieprzyzwoicie kiepskie, bo załóżmy czerpią wzory i wykupują licencję na (zazwyczaj) programy produkcji USA, karmią tym widzów, a ci z kolei dzięki temu systematycznie obniżają swoje intelektualne loty( czyli telewizja ogłupia)? Czy może działa to w drugą stronę- ogromna ilość widzów o niezbyt wyszukanych gustach sygnalizuje i napędza "koniunkturę" na programy niskich lotów odpowiadających ich oczekiwaniom? A może się czepiam? Może stacja komercyjna oferująca w większości programy rozrywkowe tak skandalicznie niskich lotów nie jest odzwierciedleniem upodobań społeczeństwa? Gdyby tak było to programy te zostałyby zgięte z emisji a tymczasem mnożą się w zastraszającym tempie spychając co ambitniejsze produkcje z anteny lub w optymistycznej wersji zrzucając je w okolice najmniejszej oglądalności( najczęściej późne godziny nocne).

Należałoby się zastanowić jakie właściwie funkcje powinna pełnić telewizja- edukacje i rozwijające cz też ogłupiająco-rozluźniające? Podejrzewam, że programy tego typu mają się świetnie bo oglądając je nie trzeba się skupiać, nie trzeba podejmować żadnego intelektualnego wysiłku, a dodatkowo dla wielu styranych pracą i po uszy zatopionych w szarej rzeczywistości ludzi jest to swego rodzaju odskocznia od powszednich problemów. Czy jednak programy edukacje, mądre, rozwijające wrażliwość i w miarę ambitne kino nie mogą być równie rozluźniające? Czy telewizja ogłupia masy czy to masy ogłupiają się nawzajem nie pomijając przy tym telewizji?

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Krotki przepis na szybkie przeobrażenie się w kogo tylko chcesz

Wciąż wyALLENowana.

Dziś parę przemyśleń po obejrzeniu filmu Zelig. Krótko o filmie- W latach 30-tych XX wieku media obiegły sensacyjne doniesienia o człowieku, którego niezwykłe zdolności zyskały mu wielki rozgłos w kraju i na świecie. Leonard Zelig zasłynął z umiejętności niewytłumaczalnej przez naukę metamorfozy ciała.Główny bohater w obecności konkretnego człowieka upodabnia się do niego fizycznie i psychicznie. Miła komedia okazuje się być poważną refleksją nad odwieczną naturą człowieka i jego kondycją w świecie."Człowiek kameleon" przeistacza się w swojego rozmówcę, by zyskać jego akceptację, by wtopić się w tło,zostać niezauważonym.

Temat oczywiście jak najbardziej aktualny dziś i zapewne jutro. Człowiek szukający akceptacji i aprobaty otoczenia to zjawisko świetnie dostrzegalne między innymi na mnożących sie niczym wszy szachrajki portalach społecznościowych. Internet to niewiarygodnie wygodne miejsce,aby przemienić się w kogoś innego albo by chociaż trochę ubarwić nasz nudny i w rzeczywistości dość szary żywot.Portale społecznościowe wychodzą na przeciw potrzeb potencjalnych użytkowników,umożliwiając im zamieszczanie zdjęć, filmików, etc.

I tak, oto prześledziłam kilka takich portali i o dziwo doszłam do wniosku, że wszyscy ludzie są niesamowicie piękni, oryginalni, spełnieni, maja ogromne ilości świetnych znajomych i odnoszą oczywiście same sukcesy...i do tego gdzież tam oni jeszcze nie byli...Schowany za monitorem możesz zmienić się w kogo chcesz, bądź "wyrazić siebie" po prostu. Na jednym portalu możesz być przykładną żoną, na innym poszukująca wyzwań seksualnych nimfomanką ,odzianą w tandetne koronki i skóry fetyszystką bądź też delikatną i jakże wrażliwą poetką bliską samobójstwa( samobójstwa u którego przyczyn leży oczywiście bezsens świata,bezcelowość ludzkich działań i ten wielki smutek),jednym słowem cala gama osobowości.By dopełnić dzieła można umieścić jakieś podretuszowane fotki,w rubryce "zainteresowania" wpisać coś o czym zupełnie przypadkiem przeczytało się w "Wikipedii"a w rubryce muzyka wpisać grupę muzyczną, której nazwa nikomu ( nawet nam) z niczym się nie kojarzy i gotowe.Teraz przed nami już tylko uwiarygodnienie swojego profilu, trzeba zająć jakieś stanowiska na forach i już można przechodzić do zawiązywania znajomości a tych możemy zawrzeć pod dostatkiem.

Chyba każdy z nas ma potrzebę bycia lubianym i podziwianym, cóż więc złego w tego typu portalach? Nic oczywiście, no chyba, że szary "real" przygniótł nas już tak bardzo że nie mamy innego wyjścia jak tylko stać się kolejnym Zeligiem.

piątek, 8 sierpnia 2008

Toż to istny koniec świata!

Życie brutalnie i zupełnie nieoczekiwanie weryfikuje zdobywaną przez nas latami wiedzę. Proces weryfikacji zakończony jest najczęściej elementem zaskoczenia miłego lub nie, w zależności od tego, jakie były nasze oczekiwania wobec eksperymentu. Niech ten pseudofilozoficzny bełkot posłuży mi za wstęp.

Jedno jest pewne, nie jestem zaskoczona, że siedzę sobie wygodnie przed komputerem i pisze do próżni. Nie jestem zaskoczona dlatego, że nawet przez chwile nie wierzyłam w to, że sam Jezus Chrystus znajdzie chwile i zainscenizuje na ziemi sąd ostateczny. Niedoinformowanym przypominam, że na dzień dzisiejszy(08.08.08) co niektórzy ze względu na tak specyficzną(podobno symboliczną) datę po raz kolejny zaplanowali spektakularny (bo jakiż by inny) tzw.koniec świata. Bawi mnie i trochę napawa złością mentalność ludzi "wierzących", którzy sądzą, że ich Bóg nie ma nic ciekawszego na głowie jak planowanie "najazdu" na swoją krainę za pomocą numerologii i pseudo matematycznych, skomplikowanych obliczeń.

Drugim, jakże irytującym przekonaniem jest pogląd, że jeśli już ten tak wyczekiwany koniec świata nadejdzie to koniecznie z pompą, hukiem, wszystkimi anielskimi bajerami i zastępem prawie zapomnianych zmarłych bliskich, którzy srodze będą łypać na nas oczami. A co jeśli domniemany koniec świata nadejdzie zupełnie nieoczekiwanie, cicho i w dodatku w czasie gdy będziemy spać?Jeśli istnieje tzw. "życie pozagrobowe" to dostąpimy wyżej wspomnianego elementu zaskoczenia(niemiłego oczywiście- bo co z tą pompą i fajerwerkami?!), jeśli natomiast czeka nas nicość...to właściwie nie wiadomo (mam wrażenie, że zapędziłam się tymi dywagacjami w ślepy zaułek).

Nurtuje mnie pewien ważny problem dotyczący końca świata. Załóżmy, że chrześcijański Bóg, Allach czy Latający Potwór Spaghetti(niepotrzebne skreślić) zaplanuje koniec świata na załóżmy godzinę 16.30 nie podając oprócz tego żadnych danych. Rożnica czasu między rożnymi miejscami na ziemi wynosi maksymalnie dwanaście godzin, w związku z tym na miłość boską odpowiedzcie mi jakie będą opóźnienia, kiedy będziemy musieli być przygotowani na opuszczenie padołu łez i smutków i na boga, jak wszechmocny właściwie wyobraża sobie organizację tak spektakularnego przedsięwzięcia?!

czwartek, 7 sierpnia 2008

Rozkosze "sztucznej" miłości albo filzoficzny monolog na tematy ważne

Skoro wyjaśniłam już fundamentalną kwestie sensu życia, to w spokoju i z rozkoszą mogę oddać się rozważaniom na inne, stanowczo bardziej przyziemne, acz jakże ciekawe kwestie.

Rozmowa ze starym znajomym po raz wtóry skierowała moje myśli na ścieżki problemów dnia codziennego i wszystkich obszarów jej podległych. Problem stary jak świat, miłość i partnerstwo jako ciężki orzech do zgryzienia a co dopiero do skonsumowania. A gdyby tak swoja partnerkę/partnera zamienić w przyszłości na schludnego, elokwentnego robocika? Skoro nowobogaccy i niepozbawieni fantazji bracia z Japonii mają "blaszane" pupile to dlaczego by tak nie odddać się miłosnym uniesieniom z robotem? Zdawać by się mogło, że taki związek niósł by z sobą same korzyści, wyobraźcie sobie tylko - doskonale uformowana "robotka" zaprogramowana tak, aby nieść wam radość i rozkosz. David Levy, amerykański szachista, z zamiłowania badacz Sztucznej Inteligencji, w swojej niedawno wydanej książce „Love + Sex with Robots: The evolution of Human-Robot Relationships” stawia śmiałe tezy na temat stosunków, jakie zapoczątkowane zostaną między ludźmi i robotami w ciągu najbliższych czterdziestu lat. Levy jest przekonany, że seks z takim robotem będzie możliwy już za kilka lat. Argumentuje to, przekonując, że w końcu już dziś można kupić realistyczne sekslalki a japońska firma Axis za 7 tys. dolarów sprzedaje seksboty, które do złudzenia przypominają kobiety. Zdaniem Levy’ego w podobne wynalazki wystarczy wmontować nieco zmyślnej elektroniki i sprawa załatwiona.

Podejrzewam, że niektórzy czytający mój tekst są już bardzo rozmarzeni i gotowi do ewentualnego zakupu takiego "partnera". Porzućcie swoje marzenia! Wszem i wobec oświadczam (a wiem co mówię), że w ciągu dłuuugich najbliższych lat będzie to absolutnie niemożliwe. Dlaczego? Problem zasadza się na kwestii komunikacji i świadomości. Jeśli poznacie jakiegoś niczego sobie robocika to na pewno chcielibyście zamienić z nim parę zdań, poflirtować itd. Zapewniam Was, że maszyna taka nie była by w stanie sensownie porozmawiać z Wami na większość tematów, mogłaby za to wykazać się imponującą ilością informacji posiadanych (zaprogramowanych, lub które sama zdobyła dzięki temu, że jej mózg zbudowany jest na zasadzie samouczących sie sieci) w swoim być może krzemowym mózgu. Myślę, że byłaby to dość sztywna konwersacja, a już bardzo prawdopodobne jest, że moglibyście (chyba słusznie) posądzić taką oblubienice o całkowity brak fantazji.

Drugim poważnym problem jest świadomość, którą my - ludzie posiadamy a krzemowe mózgi w stu procentach nie. Świadomość (za moim niekwestionowanym mentorem Johnem R.Searlem) można scharakteryzować jako jedyne w swoim rodzaju zjawisko wewnętrzne w którym jednostka zdaje sobie sprawę z własnych procesów myślowych. Możemy nazwać ją stanem psychicznym o charakterystycznej ontologii pierwszoosobowej (trudne słowo;)) i właściwościach nieredukowalnych (kolejne trudne słowo) do żadnego innego zjawiska. Naukowcy twierdzą, że świadomość jest dana tylko ludziom (tym samym chce uprzedzić wszystkie pytanie o posiadanie świadomości przez waszego psa, kota, legwana czy kurę). Według Searla to właśnie świadomość (która de facto, wg. niego jest skutkiem działania mózgu) jest tym co uniemożliwi skonstruowanie "sztucznego człowieka" mogącego np. zawierać związki małżeńskie z nami.

Przedstawiłam tu żenująco skąpe argumenty i taka też ilość wyjaśnień (pozwólcie, że popisowe intelektualne żonglerki na temat SI zawrę w swojej pracy magisterskiej, która traktuje właśnie o problemach i przyszłości SI), natomiast każdego zainteresowanego kwestia SI odsyłam do linków, które w tajemniczy sposób pojawiły się wczoraj na moim blogu oraz oczywiście do rozmów z samą autorką:) Dla wszystkich nieutulonych w żalu spowodowanym upadkiem marzeń dotyczących brakiem perspektyw na związek z idealnym, sztucznym partnerem na pocieszenie dodam, że rozwój nauki jest jak sprytny partyzant - ni tego ni z owego wyskakuje z czymś nowym i zupełnie zaskakującym. Nie traćcie więc nadziei, a w międzyczasie( by wypełnić jakoś czas oczekiwań na ta doniosłą chwilę) przytulcie ciepło i z miłością swojego partnera.

środa, 6 sierpnia 2008

Sens życia

Bezrobocie wbrew pozorom ma również swoje dobre strony,oprócz tego, ze można przesiedzieć cały dzień w domu, popadać w coraz większy nałóg tytoniowy, oglądać filmy i kontestować swoje obecne położenie na rynku pracy można również odnowić stare znajomości i przemyśleć kwestie dotyczące sensu życia.

Dzisiejsza rozmowa z moim znajomym skierowała moje myśli ku odwiecznemu i dość absurdalnemu pytaniu właśnie o sens życia.Jest to kwestia dość frapująca biorąc pod uwagę fatalne położenie człowieka we wszechświecie, ogólną sytuacje związaną z brakiem pewności co do ludzkiego pochodzenia oraz naszą skandaliczną krótkowiecznością.Gdy zreasumujemy wszystkie te czynniki nie można już mieć wątpliwości, że pytanie o sens życia, można nazwać retorycznym a w porywach nawet bezsensownym. Żenującym banałem będzie jeśli napiszę, że dla jednych sensem życia będzie miłość,dla innych praca,a dla innych wiara w cokolwiek co odsunie od nich pytanie o ów sens.Gdy zaczynam zastanawiać się nad tego typu niepotrzebnymi kwestiami nagle pojawia się nieodparta ochota obejrzenia po raz wtóry filmu o jakże niosącym nadzieje tytule "Sens życia wg.Monty Pythona".Dla (mam nadzieje nielicznych) niewtajemniczonych jeśli chodzi o twórczość angielskich komików(i jednego Amerykanina;)) przedstawiam upragnioną odpowiedź na odwieczne pytanie o sens istnienia -"To nic nadzwyczajnego:Bądź miły dla ludzi, nie obżeraj się, czytaj książki, chadzaj na spacery i próbuj żyć w zgodzie z ludźmi innych wyznań i narodowości”.Natomiast w filmie "Autostopem przez galaktykę"na Ostateczne Pytanie dotyczące Życia, uzyskujemy lapidarną odpowiedź-42. Myślę, że rozwiałam tym wszystkie nasze odwieczne wątpliwości dotyczące sensu życia.I po jakiego nam w tej sytuacji Martin Heidegger, jego pytanie "Dlaczego jest raczej coś niż nic?"i cały ten fenomenologiczny bałagan?

wtorek, 5 sierpnia 2008

Znój szukania pracy albo egzystencjalne mdłości młodej filozofki

Mój stan bezrobocia zaczyna przybierać wraz z upływającym czasem zgoła inna formę... Z bezrobocia tzw. fizycznego (tzn. siedzę w domu, nie zarabiam pieniędzy, wymuszam na mężu obietnice zakupienia mi nowych spodni bo te coś nie takie już) przepoczwarza się ono w bezrobocie tzw. mentalne (egzystencjalny dramat, utożsamianie się z wszystkimi osobami bezrobotnymi, coraz częstsze wątpliwości dotyczące moich kompetencji, huśtawki nastrojów i w końcu postrzeganie siebie jako istoty, której esencją jest jej bezrobocie;)).

Podejrzewam, że nie jest to pozytywne zjawisko ani tez do niczego dobrego nie prowadzi. Za mój stan winą obarczam ogłoszenia dot. pracy zamieszczane na portalach, które w tym się specjalizują, szpalery pań i panów pracujących w działach HR oraz moje ambicje. Uprzejmie donoszę, że wrocławski rynek pracy jest bogato zaopatrzony w oferty pracy. W galopującym tempie rozwija się sektor pod modną nazwa "call center", który wchłonie nieograniczone ilości "młodych, ambitnych, kreatywnych"... te intratne oferty pracodawcy ukrywają pod nazwami "obsługa klienta", "asystent działu marketingu", "doradca klienta" jak również "praca biurowa" i o dziwo "gwiazda marketingu" (sic!). Jako absolwent zacnego kierunku filozofia, a zarazem osoba kochająca ludzi ponad wszystko (oczywiście młoda, ambitna, kreatywna;) z wielkim zapałem początkiem lipca poczęłam szukać pracy.

Na starcie oczywiście zaskoczyła mnie zatrważająca ilość ofert pracy i niskie wymagania stawiane ewentualnym kandydatom... Pełna dobrych przeczuć zaczęłam szafować moim bogatym CV na wszystkie strony. I rozdzwoniły się telefony, sukces-pomyślałam, będę pracować z ludźmi... Ku mojemu zaskoczeniu na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej dowiedziałam się, że owa "obsługa klienta", "gwiazda marketingu" czy jak tam to zwali to zwyczajny telemarketing... Myślę sobie, jestem młoda, mam niewielkie doświadczenie, można spróbować... Po czym do świata rzeczywistego przywraca mnie radosny głos pani/pana z działu HR, który zapewnia mnie o świetnych zarobkach (średnio 4-4,5 zł netto) i już po chwili tracę zapał ,dziękuje za rozmowę i wychodzę...

Mimo wszystko próbuje dalej, kolejne ogłoszenie brzmi o wiele bardziej atrakcyjnie i również wiąże się z obsługą klienta. Pracodawca w treści ogorzenia zapewnia, że nie jest to telemarketing -uff..świetnie, aplikuję. Moje zdziwienie jest niewyobrażalnie wielkie, jestem nawet trochę zażenowana i zawstydzona, gdy na miejscu okazuje się, że chodzi o sprzedaż pościeli wełnianej (oczywiście najlepszej jakości, jedyne 45 zł). Powoli zaczynają rozwiewać się moje marzenia o pracy, ale wciąż wysyłam CV i wierzę jeszcze troszkę, że się uda... Mam wrażenie, że mój kierunek studiów nie robi dobrego wrażenia na ewentualnych pracodawcach. Podły telemarketing nie zatrudni ambitnej filozofki interesującej się kognitywistyka, bo po co? Poważna firma natomiast poszukuje ludzi kompetentnych (w czym?!) i z min. 2-letnim doświadczeniem. Deklaracja, iż jestem absolwentką tegoż kierunku wzbudza rozbawienie, zażenowanie, zaciekawienie połączone z niezrozumieniem podjętej przeze mnie decyzji. Studia filozoficzne są postrzegane jako mniej wartościowe, nie rozwijające, nie przygotowujące do życia ani oczywiście do wykonywania jakiejkolwiek pracy, poza siedzeniem na łące w romantycznej scenerii i dumaniu o chmurach a w porywach intelektualnego szału o pierwszeństwu bytowania w świecie jajka nad kurą...

Otóż wszem i wobec zaprzeczam tym wstrętnym pomówieniom. Studia filozoficzne dzięki takim dyscyplinom jak logika, logika formalna czy epistemologia uczą analitycznego myślenia i kreatywności. Zdawać by się mogło, że są to umiejętności niezbędnie potrzebne do przyswajania wiedzy i potrzebne na każdym stanowisku. Ale nie... Ogólna nieświadomość i ignorancja panująca wśród mas (w tym wśród wielu zacnych pracodawców) sprawia, że moje umiejętności a przy tym ja jako osoba poszukująca pracy nie są traktowane poważnie. Znajomy powiedział mi kiedyś "Skoro pytasz o pracę głupców - nie dziw się że dostajesz odpowiedzi godne głupców". Zdawać by się mogło, że tych głupców jest wokół mnie sporo - liczby mówią same za siebie 70 w próżnie wysłanych CV.

Radosna afirmacja stałych związków

Tak, jestem ostatnio w całości "wyALLENowana". Beztroski czas jaki nastał dla mnie, a który niektórzy zupełnie słusznie nazywają "bezrobociem" zapełniam sobie rozrywkami wszelakiej maści. Jedną z nich jest kompulsywne pożeranie owoców twórczości amerykańskiego reżysera Woody'ego Allena. Z zaskoczeniem stwierdzam, że oprócz przezabawnych i nieszablonowych, lekkich w odbiorze komedyjek Allen stworzył też kilka niesamowitych obrazów, które mogą zapaść w pamięć . "Mężowie i żony" z 1992 roku, to kolejny allenowski film dotykający tematyki związków i relacji między partnerami.

W wielkim skrócie-fabuła filmu zasadza się na przedstawieniu losów dwóch par małżeńskich, związków mających za sobą wieloletni staż i duże doświadczenie życiowe. Fabuła filmu przedstawia się następująco: związek Jacka i Sally wypalił się i postanawiają się rozstać. Informują o tym swoich przyjaciół Judy i Gabe. Ku ich zdziwieniu wywołuje to szok, ale nie z rozpaczy, natomiast z powodu podobnego stanu małżeństwa państwa Roth. Gabe zaczyna interesować się młodą i atrakcyjną nastolatką Rain, a Jack afirmuje piękną ale płytką Sam. Sytuacja się komplikuje, atmosfera zagęszcza - z powodu niespełnionych oczekiwań, wzajemnych pretensji i nieszczerości.

"Mężowie i żony" to pouczająca a zarazem napawająca strachem i siejąca zwątpienie lekcja dla tych, którzy chcą, są lub byli zaangażowani w długodystansowy związek. Fabuła tego filmu nieco mnie przeraziła m.in dlatego, że sama jestem mężatka od jakiegoś czasu. Pomyślcie tylko wiążemy się z drugim człowiekiem, przy odrobinie szczęścia zaprzyjaźniamy się i po pewnym czasie z własnej woli zaczynamy się czuć w związku jak w wygodnych, wychodzonych kapciach. Nasza czujność zostaje uśpiona, zostaje nam garstka oddanych przyjaciół, miłe wieczory w domu , wspólne posiłki, planowanie budżetu na przyszły miesiąc, wspólne wakacje, podobne zainteresowania i seks zapewniający poczucie bezpieczeństwa, stosunki kończące się wspólnym orgazmem, zapewniania, że tak, jak najbardziej wciąż jesteś dla mnie tak atrakcyjna, czemu pytasz? Zdawać by się mogło, że dokonaliśmy świetnych wyborów, że znamy się lepiej niż doskonale. Po pewnym czasie nie chcąc burzyć twierdzy swojego mentalnego spokoju i bezpieczeństwa wmawiamy sobie, że wcale nie jesteśmy sfrustrowani, to tylko zmęczenie i ten ciągły stres w pracy... Jesteśmy zmęczeni wspólnym życiem, poirytowani każdym gestem partnera który swoją droga ostatnimi czasy zachowuje się jeszcze bardziej irytująco. Nagle nie wiadomo czemu dopiero teraz zauważamy, że nasz kolega z pracy jest całkiem niebrzydki i ma duże poczucie humoru, po miesiącu z zaskoczeniem stwierdzamy, ze jest romantyczny, dobry w łóżku i nie pierdzi pod kołdrą. Powolny rozkład dotychczasowego związku osiąga punkt kulminacyjny. Z pewnym wahaniem i obawą wyznajemy partnerowi, że coś jest nie tak, coś się zmieniło, że może odpoczniemy od siebie na jakiś czas. On z ukrywaną radością lecz zarazem absolutnie ochoczo przystaje na to, po czym za 3 dni widzimy go na mieście w towarzystwie młodszej od siebie i stanowczo szczuplejszej niewiasty. Myślę sobie, że monogamia uczuć to cholernie trudna rzecz, dość łatwa w zmontowaniu ale w konsekwencji zawsze ktoś spada z tego samodzielnie skręconego krzesła uczuć i zobowiązań.