wtorek, 5 sierpnia 2008

Radosna afirmacja stałych związków

Tak, jestem ostatnio w całości "wyALLENowana". Beztroski czas jaki nastał dla mnie, a który niektórzy zupełnie słusznie nazywają "bezrobociem" zapełniam sobie rozrywkami wszelakiej maści. Jedną z nich jest kompulsywne pożeranie owoców twórczości amerykańskiego reżysera Woody'ego Allena. Z zaskoczeniem stwierdzam, że oprócz przezabawnych i nieszablonowych, lekkich w odbiorze komedyjek Allen stworzył też kilka niesamowitych obrazów, które mogą zapaść w pamięć . "Mężowie i żony" z 1992 roku, to kolejny allenowski film dotykający tematyki związków i relacji między partnerami.

W wielkim skrócie-fabuła filmu zasadza się na przedstawieniu losów dwóch par małżeńskich, związków mających za sobą wieloletni staż i duże doświadczenie życiowe. Fabuła filmu przedstawia się następująco: związek Jacka i Sally wypalił się i postanawiają się rozstać. Informują o tym swoich przyjaciół Judy i Gabe. Ku ich zdziwieniu wywołuje to szok, ale nie z rozpaczy, natomiast z powodu podobnego stanu małżeństwa państwa Roth. Gabe zaczyna interesować się młodą i atrakcyjną nastolatką Rain, a Jack afirmuje piękną ale płytką Sam. Sytuacja się komplikuje, atmosfera zagęszcza - z powodu niespełnionych oczekiwań, wzajemnych pretensji i nieszczerości.

"Mężowie i żony" to pouczająca a zarazem napawająca strachem i siejąca zwątpienie lekcja dla tych, którzy chcą, są lub byli zaangażowani w długodystansowy związek. Fabuła tego filmu nieco mnie przeraziła m.in dlatego, że sama jestem mężatka od jakiegoś czasu. Pomyślcie tylko wiążemy się z drugim człowiekiem, przy odrobinie szczęścia zaprzyjaźniamy się i po pewnym czasie z własnej woli zaczynamy się czuć w związku jak w wygodnych, wychodzonych kapciach. Nasza czujność zostaje uśpiona, zostaje nam garstka oddanych przyjaciół, miłe wieczory w domu , wspólne posiłki, planowanie budżetu na przyszły miesiąc, wspólne wakacje, podobne zainteresowania i seks zapewniający poczucie bezpieczeństwa, stosunki kończące się wspólnym orgazmem, zapewniania, że tak, jak najbardziej wciąż jesteś dla mnie tak atrakcyjna, czemu pytasz? Zdawać by się mogło, że dokonaliśmy świetnych wyborów, że znamy się lepiej niż doskonale. Po pewnym czasie nie chcąc burzyć twierdzy swojego mentalnego spokoju i bezpieczeństwa wmawiamy sobie, że wcale nie jesteśmy sfrustrowani, to tylko zmęczenie i ten ciągły stres w pracy... Jesteśmy zmęczeni wspólnym życiem, poirytowani każdym gestem partnera który swoją droga ostatnimi czasy zachowuje się jeszcze bardziej irytująco. Nagle nie wiadomo czemu dopiero teraz zauważamy, że nasz kolega z pracy jest całkiem niebrzydki i ma duże poczucie humoru, po miesiącu z zaskoczeniem stwierdzamy, ze jest romantyczny, dobry w łóżku i nie pierdzi pod kołdrą. Powolny rozkład dotychczasowego związku osiąga punkt kulminacyjny. Z pewnym wahaniem i obawą wyznajemy partnerowi, że coś jest nie tak, coś się zmieniło, że może odpoczniemy od siebie na jakiś czas. On z ukrywaną radością lecz zarazem absolutnie ochoczo przystaje na to, po czym za 3 dni widzimy go na mieście w towarzystwie młodszej od siebie i stanowczo szczuplejszej niewiasty. Myślę sobie, że monogamia uczuć to cholernie trudna rzecz, dość łatwa w zmontowaniu ale w konsekwencji zawsze ktoś spada z tego samodzielnie skręconego krzesła uczuć i zobowiązań.

Brak komentarzy: