wtorek, 5 sierpnia 2008

Znój szukania pracy albo egzystencjalne mdłości młodej filozofki

Mój stan bezrobocia zaczyna przybierać wraz z upływającym czasem zgoła inna formę... Z bezrobocia tzw. fizycznego (tzn. siedzę w domu, nie zarabiam pieniędzy, wymuszam na mężu obietnice zakupienia mi nowych spodni bo te coś nie takie już) przepoczwarza się ono w bezrobocie tzw. mentalne (egzystencjalny dramat, utożsamianie się z wszystkimi osobami bezrobotnymi, coraz częstsze wątpliwości dotyczące moich kompetencji, huśtawki nastrojów i w końcu postrzeganie siebie jako istoty, której esencją jest jej bezrobocie;)).

Podejrzewam, że nie jest to pozytywne zjawisko ani tez do niczego dobrego nie prowadzi. Za mój stan winą obarczam ogłoszenia dot. pracy zamieszczane na portalach, które w tym się specjalizują, szpalery pań i panów pracujących w działach HR oraz moje ambicje. Uprzejmie donoszę, że wrocławski rynek pracy jest bogato zaopatrzony w oferty pracy. W galopującym tempie rozwija się sektor pod modną nazwa "call center", który wchłonie nieograniczone ilości "młodych, ambitnych, kreatywnych"... te intratne oferty pracodawcy ukrywają pod nazwami "obsługa klienta", "asystent działu marketingu", "doradca klienta" jak również "praca biurowa" i o dziwo "gwiazda marketingu" (sic!). Jako absolwent zacnego kierunku filozofia, a zarazem osoba kochająca ludzi ponad wszystko (oczywiście młoda, ambitna, kreatywna;) z wielkim zapałem początkiem lipca poczęłam szukać pracy.

Na starcie oczywiście zaskoczyła mnie zatrważająca ilość ofert pracy i niskie wymagania stawiane ewentualnym kandydatom... Pełna dobrych przeczuć zaczęłam szafować moim bogatym CV na wszystkie strony. I rozdzwoniły się telefony, sukces-pomyślałam, będę pracować z ludźmi... Ku mojemu zaskoczeniu na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej dowiedziałam się, że owa "obsługa klienta", "gwiazda marketingu" czy jak tam to zwali to zwyczajny telemarketing... Myślę sobie, jestem młoda, mam niewielkie doświadczenie, można spróbować... Po czym do świata rzeczywistego przywraca mnie radosny głos pani/pana z działu HR, który zapewnia mnie o świetnych zarobkach (średnio 4-4,5 zł netto) i już po chwili tracę zapał ,dziękuje za rozmowę i wychodzę...

Mimo wszystko próbuje dalej, kolejne ogłoszenie brzmi o wiele bardziej atrakcyjnie i również wiąże się z obsługą klienta. Pracodawca w treści ogorzenia zapewnia, że nie jest to telemarketing -uff..świetnie, aplikuję. Moje zdziwienie jest niewyobrażalnie wielkie, jestem nawet trochę zażenowana i zawstydzona, gdy na miejscu okazuje się, że chodzi o sprzedaż pościeli wełnianej (oczywiście najlepszej jakości, jedyne 45 zł). Powoli zaczynają rozwiewać się moje marzenia o pracy, ale wciąż wysyłam CV i wierzę jeszcze troszkę, że się uda... Mam wrażenie, że mój kierunek studiów nie robi dobrego wrażenia na ewentualnych pracodawcach. Podły telemarketing nie zatrudni ambitnej filozofki interesującej się kognitywistyka, bo po co? Poważna firma natomiast poszukuje ludzi kompetentnych (w czym?!) i z min. 2-letnim doświadczeniem. Deklaracja, iż jestem absolwentką tegoż kierunku wzbudza rozbawienie, zażenowanie, zaciekawienie połączone z niezrozumieniem podjętej przeze mnie decyzji. Studia filozoficzne są postrzegane jako mniej wartościowe, nie rozwijające, nie przygotowujące do życia ani oczywiście do wykonywania jakiejkolwiek pracy, poza siedzeniem na łące w romantycznej scenerii i dumaniu o chmurach a w porywach intelektualnego szału o pierwszeństwu bytowania w świecie jajka nad kurą...

Otóż wszem i wobec zaprzeczam tym wstrętnym pomówieniom. Studia filozoficzne dzięki takim dyscyplinom jak logika, logika formalna czy epistemologia uczą analitycznego myślenia i kreatywności. Zdawać by się mogło, że są to umiejętności niezbędnie potrzebne do przyswajania wiedzy i potrzebne na każdym stanowisku. Ale nie... Ogólna nieświadomość i ignorancja panująca wśród mas (w tym wśród wielu zacnych pracodawców) sprawia, że moje umiejętności a przy tym ja jako osoba poszukująca pracy nie są traktowane poważnie. Znajomy powiedział mi kiedyś "Skoro pytasz o pracę głupców - nie dziw się że dostajesz odpowiedzi godne głupców". Zdawać by się mogło, że tych głupców jest wokół mnie sporo - liczby mówią same za siebie 70 w próżnie wysłanych CV.

Brak komentarzy: